Tytuł jest albo go nie ma…

… i tak jest z grubsza ze wszystkim – albo jest, to wszystko, albo tego wszystkiego nie ma.

Zdarza się też tak, że czegoś nie ma, a potem nagle jest: a więc jest dobra relacja, zła relacja, mąż, dzieci i kredyt, ochota i nadwaga, projekt i mandat, dzieło sztuki i reumatyzm, a także balkon.

W drugą stronę też działa, a jakże… Coś było i – małe pyk lub wielkie bum – i już nie ma. Odeszło w nicość. Nieistnienie. Był i nie ma: pies, tani czynsz, dziesiąty semestr, zeszły rok, ale i dobra relacja, zła relacja, kredyt, ochota i nadwaga, projekt i mandat, dzieło sztuki i zarząd stowarzyszenia wraz ze stowarzyszeniem…

zostaje – póki co – mąż, dzieci i reumatyzm. Oraz balkon.

na dobre i na złe, na na na…

Reklamy

Cudne manowce

…żeby się udało, żeby się udało… usłyszałam siebie samą, kiedy – przeszedłszy cały supermarket kierowałam się w stronę kasy. W koszyku już niosłam pokaźnych rozmiarów górkę produktów, ale na szczęście mój wzrok padł na kolorowe warzywa i zatrzymałam się jeszcze raz… a… tak, ogórek – przypomniałam sobie teraz po co przyszłam! Czyli jednak się udało! Owszem, może i uzupełniłam jednoelementową listę zakupów o zawartość wysypującą się z koszyka, ale nikt mi nie powie, że nie kupiłam, co zamierzałam… I tak to mniej więcej jest u mnie z planowaniem. Z Zakupami. Zamierzeniami. Wyborami. Zbliżaniem się do raz kiedyś obranego celu.

Meandry losu, nieprzewidziane zwroty akcji, nieplanowane przystanki, malownicze boczne drogi, zawiłe koleje losu, przypadkowe, a ważne spotkania; nie wzięte pod uwagę, a objawiające się znienacka możliwości, tudzież stoiska z przecenionymi podkoszulkami sto procent bawełny, w pożądanym rozmiarze. Dwa czarne i dwa białe, dziękuję.

Podobnie z narracją – kiedy zaczynam coś opowiadać, często gubię się w niewiele wnoszących do historii dygresjach. Moja ukochana przyjaciółka potrafi mnie wtedy spionizować jednym zwięzłym: płyń do brzegu, siostro..! 

A jednak – meandry meandrami, dygresje dygresjami, ramiona może bolą od płynięcia pod prąd, a nierzadko i w kółko, ale jednak płynę, czyli żyję i to z grubsza szczęśliwe życie.

 

Reasumując – tym szaleństwie jest metoda.

O ile pozwolić sobie na szaleństwo.

 

średnio ale jednak złoto

środek nocy z wtorku na środę, środek lata, a temperatury średnio letnie, średnio się czuję.

w połowie euforia, w połowie zmęczenie – artykuł będzie albo go nie będzie, ze zdjęciami albo bez, pierwszy od lat nie wiem ilu – we mnie duma i uprzedzenie, zmęczenie tematem, poprawkami, wypalenie, choć nie palę od początku roku…

jeszcze głębiej: pomiędzy paniką przed zbliżającym się rozwiązaniem, a upragnionym końcem ciąży. w wirze myśli, oscylujących między: ranyboskiejaktobędzie a jestdobrzetylkospokojnie…

i gdzie to złoto w tym środku, do cholery???

gdzieś pomiędzy, dazwischen, in between.

nas nie dogoniat’

No nosi mnie, nosi. Zawsze mnie nosi, kiedy zdaję sobie z czegoś sprawę. Po raz setny, na ten sam temat, ale kiedy odkrywam nowy aspekt tego samego Wielkiego Tematu – powoli ujawnia mi się jego skala i zakres zjawiska – i ponownie nie mogę oprzeć się wrażeniu nowego, świeżutkiego, prosto spod igły – wkurwa. Tak jest i tym razem.
Niby mam obcykane. Pochytane. Jasność w temacie Marioli. A raczej w temacie K.
A tu jeb, proszę, wpada do mnie K. na kawę. Piękna, szczupła, zadbana od stóp do głów, z tym zawsze dziwnie zgaszonym uśmiechem na jasnej twarzy. Delikatny makijaż, wąskie usta, zaciśnięte serce. I ja naprawdę już nie wiem, kto tu ma przeorane pod beretem, ona za wieczną wbrew deklarowanej szczęśliwości okazywaną nieszczęśliwość, czy ja za wieczne doszukiwanie się drugiego dna, bo mi akurat dysonans poznawczy czaszkę na wylot przewierca.
A może obie jesteśmy poprawne, egal, ale fakty są takie, że za praprzyczynę wszelkich nieszczęść w swoim dotychczasowym życiu K. uważa hańbiący fakt, że jako nastoletnia panna… była gruba. Chuj wie, może i była. Ale co wkurwia mnie – to chyba fakt, że czuję, że to prawie niemożliwe, żeby ona sama w to wierzyła, tak naprawdę i do końca. To jej gadanie – że jej mąż, to trafił się jak ślepej kurze ziarno – co to kurwa ma być!? Że ona jest jakaś niedojebana? Bo kiedyś była gruba??? No i ten jej mąż, ósmy cud świata, zrobił jej ostatnio taaaką niespodziankę, na rocznicę ślubu kupując…
– No? – zadaję pytanie wspólnej znajomej  – zgadnij, co.
– Biżuterię? Wycieczkę? Nie mów, że zgodził się na drugie dziecko…?!
Nie. Od swojego rycerza na białym koniu K. dostała komplet srebrnych sztućców. W walizce.
O. I tyle. To wszystko, co powiedziała. Czyli nic zupełnie.
A ja patrzę na nią, staram nie przestawać się uśmiechać i mówię coś w rodzaju: No, no. coś takiego! – czy podobny równoważnik zdania, nie wyrażający, mam nadzieję, nic, bo nie chcę jej zranić, bo ją lubię, tylko mnie wkurwia.
Czuję, jakby mnie ktoś chciał wrobić, albo może jakbym sama już się wrabiała w stare koleiny i pozwalała spuścić ze smyczy, jak wściekła suka spod stóp niewinnie uciskanej znajomej damy. Sucz się rodzi, mąż truchleje… O, nie… Co to to nie. Nevermore.
Been there done that.

Nas nie dogoniat’.

zupełnie inna beczka

pamiętam jak wczoraj, choć to już sześć lat temu.

przyjechałam z kilkoma kartonami rzeczy i z psem.

byłam, jak to się mówi, na zakręcie. z tych zakrętów, co to wiją się na pustyni w teksasie, gdzie praży słońce, wokół suchy czerwony piach, żwir i skały, a jak nie coś pójdzie nie tak, to w grę wchodzą bardzo strome zbocza, skaliste przepaście oraz cała masa kaktusów.

zaczynałam nowy rozdział życia w kraju, o którym myślałam, że dużo wiem, z tak zwanej natury rzeczy, czyli z rozmów dorosłych w domu, lekcji w szkole, doniesień z telewizji, no i przede wszystkim z opowieści babci.

ciekawą okoliczność towarzyszącą stanowił również fakt, że byłam w pierwszym miesiącu ciąży. poznawanie praktyczne kraju, o którym tyle słyszałam, zaczęłam zatem z perspektywy przyszłej matki.

to, co odkryłam na samym początku nie było żadnym odkryciem, ale na własnej skórze odczułam, co to znaczy, że gdzieś panuje umiłowanie porządku. od razu przypomniało mi się wtedy, jak kilka lat wcześniej, z ówczesnym chłopakiem, jechaliśmy na stopa do Włoch i kilka przystanków – chciał nie chciał – wypadło i tu – w Niemczech. Zachodnich. szliśmy wtedy z plecakami przez cichą wioskę, gdzie na gładkich uliczkach, bez jednej dziury w jezdni i z chodnikami bez szans na jedną porządną psią kupę, stały przyklejone do siebie w szeregu kolorowe domki, w oknach na parterze kwiaty na parapetach, przed drzwiami wycieraczki… , niby nic – ale to wszystko na zewnątrz! wycieraczki leżały na chodniku przed wejściem do domu..!

za to teraz byłam w Wielkim Mieście, żaden tranzyt, tryb osiadły, więc weszłam głębiej niż tylko w obrazki z ulicy. weszłam w tak zwane struktury społeczne. zaś te, w wprawiły mnie w osłupienie.
przede wszystkim – obecność matek (przyszłych oraz świeżo upieczonych) – w… no, życiu. aktywna obecność. uczestnictwo. no i ta organizacja.
zrozumiałam co to znaczy, że Niemcy lubią się organizować, kiedy na ścianie w korytarzu klubu fitness  zobaczyłam ogłoszenia o poszukiwanych chętnych do wspólnego: nordic walking – dla ciężarnych, spaceru – z dziećmi w chustach, spotkania na piknik w parku o tej i o tej, wyjścia na spacer – z wózkami tu i tu… . byłam zaskoczona, zaciekawiona… ale i wycofana. szybko poczułam, że nie tak łatwo będzie mi przełamać własne bariery. jednak już w szkole rodzenia – to co innego. bariery przełamują się same – z pierwszą imitacją krzyku rodzącej wydanego przez położną…  jeśli zaś to nie jest dla którejś z przyszłych mam barierą wstydu, to szansę na otwarcie ma się ponownie, kiedy nadchodzi własna kolej udawania bóli porodowych…

dla mnie – Polki wychowanej w kulturze kręgów rodzinnych – stres związany z przeżywaniem ciąży z dala od krewnych – był ogromny. brakowało mi mojej mamy, siostry, moich braci… ale jednocześnie widziałam, że w tym nowym miejscu, które wybrałam zapewne nie do końca przypadkowo – ludzie organizują sobie życie poprzez otwarcie na tych dosłownie najbliższych, czyli sąsiadów… instynktownie czułam, że nie ja jedna jestem z daleka od rodziny, ale nie miałam najmniejszej ochoty się asymilować, szukać nowych przyjaciół, czy choćby pogłębić znajomości z sąsiadami z dołu, choć miałam wszelkie powody – ich córeczka przyszła na świat kilka dni wcześniej przed moim Synkiem, w dokładnie tym samym szpitalu! sąsiedzi byli naprawdę wyjątkowo mili i życzliwi, profesjonalnie (ona kończyła pisać doktorat z psychologii), ale i tak po ludzku (zapraszali nas na urodziny dzieci, nawet na chrzciny córeczki, choć oboje mają w Hamburgu wielu krewnych i nie musieli „szukać sobie” gości).

i mimo że nasza znajomość nie przetrwała, przynajmniej nie na takim poziomie zażyłości, i mimo że nie udało mi się wtedy tak szybko przełamać i otworzyć – po latach widzę, że ich orka na ugorze w nawiązywaniu relacji ze mną nie poszła na marne – pomogła mi zrozumieć i otworzyć się na mentalność i kulturę tubylców, na lokalny, hamburski, współcześnie-północnoniemiecki sposób bycia, lokalny koloryt – tak egzotyczny dla mnie, wychowanej w Polsce zmierzchu komuny i wschodu demokracji, w polskiej rodzinie tradycyjnie nieufnej bo rozpirzonej przez wojnę, wódę i religię.

nie załamuj się…

działać, działać, działać… tak mówi laurie penny, moja najaktualniejsza fascynacja. nie tylko dlatego, że właśnie czytam i dla sportu mozolnie tłumaczę jej najnowszą książkę (unspeakable things), nie dlatego, że zgadzam się w jakiś 101 procentach z tym, co myśli i jak o tym mówi, nie tylko dlatego, że niesie mnie energia, że ktoś gdzieś myśli podobnie jak ja, czyli szanse, że nie zwariowałam jednak o jakiś ułamek procenta wzrosły, nie tylko dlatego, że wiosna i maj, ale dlatego że w anglii podobnie jak w polsce wybory – u nich parlamentarne u nas prezydenkie – wygrywa prawicowa konserwa. u nich laburzyści, u nas w pierwszej turze duda… nie wiem, czy smutniejsze nie jest to, że w obecnym systemie politycznym nie widzę żadnej sensownej alternatywy. nie tylko dla dudy, komorowskiego czy kukiza. ciężkie to czasy dla feministki. a które nie były ciężkie? no, te, kiedy nie było feministek. o. tylko spokój. dzieci. ogródek. kościółek. obiadek. stosunek. paciorek. przed i po. i w trakcie.

ludzie!!!

ludzie!!!

na morzu
umierają
ludzie

…ludzie!!!

– Pani, jacy ludzie!?

– No ludzie – mówi ktoś – inni ludzie…

– A widzi Pani – wzdycha – oni Inni…

– My też inni – mówię.

– Oni nie jak my. My inaczej inni i oni inaczej…

Jakiś gość w programie telewizyjnym zaprosił Innych gości, żeby wypowiedzieli się na temat.

Jeden powiedział, że nie mamy miejsca.

Drugi, że nie mamy pieniędzy.

Trzeci, że miejsce i pieniądze to nie sedno, ale żeby Inni u siebie chcieli zostać, zamiast uciekać.

Czwarta była kobieta z obozu dla uchodźców, która przeżyła ucieczkę przez morze.

I był jeden człowiek, który za własne pieniądze własną łodzią ratował tych ludzi. Przewoził Ich tu do Nas.

I on wstał i poprosił o uczczenie minutą ciszy tych siedmiuset (pobieżne szacunki) ludzi, którzy zeszłej nocy utonęli podczas ucieczki do Europy.

I prowadzący najpierw zaprotestował (bo przecież taka minuta czasu antenowego to ohoho!..) Może go nawet posadę kosztować. Ale człowiek nie ustępował i prezenter się ugiął, a pewnie i ludzie decyzyjni do słuchawki wycedzili zgodę (w końcu to dobry pi.ar. …)

ale ten moment, kiedy prowadzący się zawahał

ten moment kiedy członek chrześcijańskiej partii ze szwajcarii mówi, że nie mamy środków ani nie mamy jak i w ogóle to żadna pomoc jest, ostatecznie…

innego końca świata nie będzie.